MAINSTREAM CULTURE DUBRAWSKI BLOG

(2012) Flight / Lot – Analiza

Robert Zemeckis skonstruował Flight w sposób dla siebie charakterystyczny – wybrał banalną historię i skoncentrował się nie na rozwijaniu wątków fabularnych, ale na pogłębianiu profilu psychologicznego postaci. Ciekawie usiłuje on przemycić głębsze przesłanie w ramach mainstreamowej konwencji kina Hollywoodzkiego, a rezultat jest bardzo dobry.

Flight to na pozór niezłożona opowieść, która przedstawia wykorzystywaną już dziesiątki razy (jeżeli nie setki) historię: mówi o nieuświadomoionych uzależnieniach od alkoholu i narkotyków. Filmów na ten temat powstało już wiele, więc może wydawać się, że nie będzie tu elementu zaskoczenia. Pomimo wszystko Zemeckisowi udaje się stworzyć wciągający obraz.

Wytrychem otwierającym klatkę wielokrotnie wałkowanej konwencji jest stworzenie postaci uzależnionej, ale w pełni funkcjonalnej. Bohaterem jest człowiek sukcesu – Whip Whitaker (Denzel Washington). Pomimo że nie może on zasnąć bez kilku piw oraz przebudzić się bez ścieżki kokainy, jest profesjonalnym pilotem wykonującym swoją pracę bardzo dobrze.  Historia została osadzona w ciężkich, współczesnych realiach, gdzie praca zawodowa jest bardzo wymagająca, czas upływa zbyt szybko, a pigułki nasenne oraz poranna kawa zaczynają być zbyt słabe, by pozwolić człowiekowi utrzymać tempo.

Na etapie wstępnej ekspozycji zostaje więc przedstawiony widzowi człowiek zmagający się z wewnętrzną opozycją: jego wada (w pewnym stopniu wykształcona pod presją otaczającego świata) – nieumiejętność dostrzegania zagrożeń w nałogach, czyli lekkoduszność – przeciwstawiaja się odpowiedzialności, z którą musi się mierzyć każdego dnia (wszak jako profesjonalny pilot lotów pasażerskich powinien mieć on na uwadze dobro ludzi, których transport zostaje mu powierzony).

Na początku filmu obserwujemy jak Whitaker ratuje dzięki swojej odwadze przed ogromną katastrofą samolot, który pod wpływem niezależnej od niego usterki zaczął spadać. Straty są minimalne, a późniejsze testy na symulatorach wykazują, że żaden inny pilot nie byłby w stanie osiągnąć takiego efektu w podobnych warunkach. Zasługa Whipa jest oczywista. Fabuła w kolejnych etapach filmu skupia się jednak na fakcie, że testy wykonane po akcji wykryły we krwi Whitakera alkohol i kokainę, za co (niezależnie od dokonanego wyczynu) grozi mu wieloletnia kara pozbawienia wolności, być może nawet dożywotnie.

Scenarzysta John Gatins przyznał, że manewr wykonany przez bohatera w celu ocalenia samolotu inspirowany był manewrem wykonanym przez pilotów lotu Alaska Airlines 261 (rok 2000), gdzie również przyczyna katastrofy była podobna. Niestety w wypadku lotu Alaska Arilines nikt nie przeżył.

Scenarzysta, nominowany do Oscara John Gatins, przyznał, że manewr wykonany przez bohatera w celu ocalenia samolotu inspirowany był manewrem wykonanym przez pilotów lotu Alaska Airlines 261, gdzie także przyczyna katastrofy była podobna. Niestety w wypadku lotu Alaska Arilines nikt nie przeżył.

Od tego momentu akcja zwalnia, a sam obraz zaczyna przekształcać się w klasyczny dramat. Okazuje się, że wypadek jest punktem zwrotnym w życiu Whipa – jego nałóg stopniowo przestaje mieć formę funkcjonalnego i zaczyna przejmować kontrolę nad wszystkimi aspektami codzienności pilota. Jednocześnie toczy się przeciwko niemu proces, który ma ustalić ewentualną winę. Pomimo że bohater na swojej drodze do uniewinnienia dostaje coraz prostsze zadania, to w wyniku wzmagającego się alkoholizmu wykonuje je z coraz większym trudem.

Wiadomo, że to kino hollywoodzkie, więc wydaje się, iż musi wystąpić tzw. happy end. Widz zaczyna się w pewnym momencie jednak zastanawiać: co będzie „dobrym” zakończeniem – sytuacja, w której bohater uniknie kary, pomimo że na nią zasługuje w świetle prawa, czy skazanie bohatera, człowieka, który ocalił wiele istnień.

W efekcie powstaje głębsze spojrzenie na problem, a częściowo mogą się utożsamiać z nim wszyscy. Oczywiście nie każdy ma tak poważne uzależnienia, ale każdy posiada słabiej lub mocniej uświadomione wady w mniejszym lub większym stopniu kolidujące z codziennymi odpowiedzialnościami związanymi z pracą czy rodziną. Wystarczy tylko odrobina empatii, by móc sobie w trakcie oglądania filmu wyobrazić sytuacje, kiedy rozdzierają nas problemy podobnej natury.

Pomimo poważnego tonu, film mocno osadzony jest jednak, jak już wspominałem, w konwencji kina hollywoodzkiego. Rozpoczęcie dzieła bardzo widowiskowym przedstawieniem feralnego lotu czy osadzenie w rolach drugoplanowych modnych aktorów, znanych ze świeżych i popularnych produkcji (Kelly Reilly z Sherlock Holmes czy Don Cheadle z Iron Man), to tylko niektóre chwyty mające dodatkowo przykuć uwagę szerszej widowni.

Silny jest także product placement pozytywnie kojarzonych produktów, czego dobrym przykładem są bez przerwy przewijające sie przez ekran urządzenia Apple’a: bohater ma iPhone’a (co ciekawe, smartfon ten podczas katastrofy nie ulega żadnym obrażeniom), jego kolega pokazuje mu wywiad na iPadzie, pojawiają się MacBooki.

Utożsamianie się z bohaterami ma pogłębiać także ścieżka dźwiękowa, ale moim zdaniem przyszkadzają w niej na siłę wbite pozycje z klasyki rocka. Utwory Gimmie Shelter czy Sympathy for the Devil zespołu The Rolling Stones pojawiają się w dziwnych kontekstach, z czego drugi z nich aż dwa razy (to jeden z najpopularniejszych w USA singli grupy, w Polsce nie cieszącej się przesadną popularnością, czesto wykorzystywany). Oglądając Flight  usłyszymy także Feelin’ Alright Cockera czy Ain’t No Sunshine Withersa. Pojawia się nawet With a Little Help From My Friends The Beatles. W przepakowanej warstwie dźwiękowej brakuje spójności, choć czasem w klimat trafnie wpisują się utwory bluesowe.

Gdy postać Harlinga (John Goodman) po raz pierwszy pojawia się na ekranie, w jej słuchawkach gra utwór: The Rolling Stones - Sympathy for the Devil. Ten sam utwór pojawia się także w poprzednim filmie, przy którym na planie spotkali się Goodman oraz Washington: Fallen (1998).

Gdy postać Harlinga (John Goodman) po raz pierwszy pojawia się na ekranie, w jej słuchawkach gra utwór: The Rolling Stones – Sympathy for the Devil. Ten sam utwór pojawia się także w poprzednim filmie, przy którym na planie spotkali się Goodman oraz Washington: Fallen (z 1998). W Fallen ważną rolę odgrywało też inne dzieło Stonesów, Time Is On My Side.

Jeżeli chodzi o grę aktorską, trzeba przyznać: Denzel Washington spisał sie świetnie. Stanął przed trudnym wyzwaniem i pomimo iż niektóre sceny nie do końca były przekonujące, należy mu się szacunek. Oczywiście, jeżeli chodzi o Oscary, dużo większe szanse ma choćby Daniel Day-Lewis, m.in. ze względu na to, że Lincoln, za którego otrzymał swoją nominację, to film o tematyce bliskiej amerykańskiemu dziedzictwu, a zatem z perspektywy Akademii wyróżnienie go może być priorytetem (a nawet jeśli nie, to zjawiskowym dziełem jest również Les Miserables). Szkoda, bo wydźwięk Flight jest bardzo pokrzepiający, więc cieszyłbym się, gdyby jedna z dwóch nominacji zakończyła się przyznaniem mu statuetki.

Dobrze wypadła również Kelly Reilly. Natomiast niekoniecznie pasowała do obrazu nieco zbyt przerysowana postać zabawnego dilera i towarzysza Whipa, odtwarzana przez Johna Goodmana, która miała wprowadzić tu akcenty humorystyczne, by nieco rozładować ciężką atmosferę (kreację tę można rozpatrywać jako kolejny chwyt skierowany do widza niezainteresowanego dramatem sensu stricto).

Reasumując: Flight to interesująca pozycja, która rozpoczyna się wprawdzie jak dobry film akcji, stara się udawać coś, czym nie dokońca jest (i z tego względu stanowi ciekawy okaz wśród wpisów na tym blogu mówiącym o kulturze masowej), ale w rzeczywistości jest bardzo poważnym dramatem. Jego wydźwięk jest dużo głębszy niż w wypadku większości popularnych filmów amerykańskich, pobudza do refleksji – szczególnie w kontekście postawionego na jego końcu pytania o tożsamość bohatera (nie wiem, jak w wypadku innych, ale ja w owym momencie zadałem sobie to samo pytanie, co oznacza, że zamierzenie reżysera zostało osiągnięte).

Robert Zemeckis (pośrodku) podejmując się reżyserowania Flight, po raz pierwszy od czasu Cast Away (z 2000 roku) zabrał się za produkcję typu live-action. Wcześniej, blisko 12 lat, zajmował sie wyłącznie animacjami. Filmy animowane rządzą się nieco innymi prawami i nie muszą one być tak bardzo realistyczne. Być może stąd biorą się pewne niekonsekwetne elementy dostrzegalne we Flight.

Robert Zemeckis (pośrodku) podejmując się reżyserowania Flight, po raz pierwszy od czasu Cast Away (z 2000 roku) zabrał się za produkcję typu live-action. Wcześniej, blisko 12 lat, zajmował sie wyłącznie animacjami. Filmy animowane rządzą się nieco innymi prawami i nie muszą one być przesadnie realistyczne. Być może stąd biorą się pewne niekonsekwetne elementy dostrzegalne we Flight.

Pomimo to brakuje nieco świeżości oraz spójności, być może ze względu na trudną tematykę właśnie, a być może poprzez wplatanie elementów kina rozrywkowego.  O ile brak spójności w arcydziele Zemeckisa – Forreście Gumpie (1994) – był ogromną zaletą, o tyle tutaj stanowił wadę, bo widz spodziewa się realizmu. Tworzenie filmu o uzależnieniach to zawsze stąpanie po cienkim lodzie, ale w ostatecznym rozrachunku należy jednak przyznać, że zaproponowana konstrukcja broni się przed krytyką.

Moja subiektywna ocena: 4/5

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Post Navigation