MAINSTREAM CULTURE DUBRAWSKI BLOG

(2013) The Wolf of Wall Street / Wilk z Wall Street – Analiza

The Wolf of Wall Street - Leonardo DiCaprio

W pamięci szczególnie zapadło mi jedno z ostatnich zdań filmu The Untouchables (Nietykalni z 1987 r.), gdzie Al Capone (De Niro) mówi do mafijnych wspólników „Panowie, przechodzimy w stan legalny”. Faktycznie, Scorsese świetnie wyczuwa to przejście – dziś nie ma już potrzeby nikogo zakopywać jak w Casino (1995) czy Chłopcach z Ferajny (1990), bo obecnie światem rządzą pieniądze i duże korporacje, które generują ze swoich przekrętów nieporównywalnie większe zyski niż Joe Pesci z kijem bejsbolowym. Wilk z Wall Street to uwspółcześniona wersja Goodfellas, niemalże równie wysokich lotów.

Dla Scorsese bardzo charakterystyczny jest motyw opowiadania historii (tzw. storytelling). Zaczynał on od dość awangardowych dzieł, ale też szalenie poważnych, jak choćby Taxi Driver (skąd pochodzi słynne „You Talkin’ to me?”, 1976), gdzie główną rolę odgrywał wątek psychologiczny: najważniejsze zawsze było przedstawienie złożoności sytuacji oraz nawarstwianie się czynników wpływających na decyzje głębokich postaci.

Z czasem jednak w jego filmach zaczęło się pojawiać coraz więcej elementów komediowych, gdzie źródłem zabawy nie były jednak gagi (choć wiadomo – scenariusze zawsze miał rewelacyjne), ale sytuacje czy rozbieżności pomiędzy wyglądem a zachowaniem postaci. Knypek Joe Pesci z piskliwym głosem grał wrednych i szalenie groźnych psychopatów, a postaci trzecioplanowe sprawiały wrażenie niedołężnych psychicznie oraz nieco opóźnionych, choć obrotnych jednostek.

To właśnie pietyzm, z jakim kreowane w filmach Scorsese są nawet najmniej istotne postaci, sprawia, że opowiadane przez niego historie stają się wielce wiarygodne, a co za tym idzie, potrafią wciągać pomimo wbijania ich w rozwlekłe, trzygodzinne formy.

Wszystkie te elementy są obecne w Wilku z Wall Street, ale należy zaznaczyć, iż wyjątkowy nacisk położono na aspekty humorystyczne. Nawet na pozór tragiczna scena, gdzie główny bohater z wywołanym przez narkotyki porażeniem mózgowym, dotknięty niedowładem kończyn, próbuje się uratować pełzając, została tak nakręcona, że widownia w kinie nie mogła powstrzymać śmiechu.

The Wolf of Wall Street - Margot Robbie as Naomi Lapaglia

Margot Robbie jako Naomi Lapaglia, żona głównego bohatera.

Niestety to jedna z nielicznych innowacji wprowadzonych do stylu Scorsese. Poza tym widzimy historię bardzo podobną do tej z Goodfellas. Główny bohater, makler Jordan Belford (Leonardo DiCaprio), zaczynając od zera szybko wzbogaca się nieuczciwymi metodami, budując ogromne imperium, a następnie, klocek po klocku, zaczyna się ono sypać. Jest też, jak zawsze, mocny wątek dydaktyczny – od samego początku główny bohater, tytułowy wilk, rozumie oraz widzi, jak wszystko zmierza do nieuchronnego końca, ale pomimo to nie potrafi się ze swojego zajęcia wycofać, bo nieuczciwe postępowanie stało się pasją jego życia.

Nie zabrakło próby stworzenia silnej roli kobiecej, chociaż Margot Robbie grającej wyrachowaną Naomi, czyli żonę Belforda, nie sposób porównywać choćby do rewelacyjnej Sharon Stone z Kasyna (1995). Ta kreacja była wyjątkowo odtwórcza, a także przewidywalne było jej zachowanie wobec rosnących problemów finansowych męża. W konwencję kanwy gangsterskiej stworzonej przez Scorsese wpisało się także charakterystyczne zakończenie.

Zastanawia mnie nieco, czy ogromna ilość podobieństw do właśnie tych gangsterskich produkcji była zejściem na łatwiznę, czy może raczej celowym zabiegiem: wszak i tutaj mamy gang cwaniaków, ćwierćinteligentów, którzy nie mają skończonych żadnych szkół oraz ułamka umiejętności branżowych, a jedynie ogromne parcie na władzę, tudzież pieniądze. Cwaniaków, którzy mimo wszystko odnoszą niemalże wyłącznie sukcesy, bo (jak to w życiu) wystarczy konsekwentnie oraz bez żadnych barier realizować swoje plany, by osiągać cele.

Podczas gdy DiCaprio czy Donnie prowadzili dla zespołu dzikie rozmowy motywacyjne pełne obscenicznych fanaberii, widownia raczej reagowała salwami śmiechu. Tymczasem pamiętam ze swoich doświadczeń pracy w londyńskiej korporacji, że takie rozgrzewkowe, płomienne przemowy rzeczywiście miały miejsce. Były niemalże identyczne: również pełne motywacyjnych świństw oraz wyzwisk w stronę młodych osób, które śmiały nie mieć światopoglądu opartego na kulcie Armaniego, Ferrari i worków z pieniędzmi.

W Polsce być może za małymi kwotami się obraca w porównaniu z Zachodem, by potrzeba formatowania handlowców była aż tak dalece posunięta, choć w dużych warszawskich korporacjach już dziś widać, jak próbuje się ogarniać każdy aspekt myślenia pracowników w jeden szablon. Dlatego pewnie u nas film dla widzów nieznających tematu z autopsji ma charakter dalece bardziej komediowy niż dla tych, którzy fazę bycia korposzczurkiem rzeczywiście przeszli.

The Wolf from Wall Street - Martin Scorsese and Leonardo DiCaprio

Leonardo DiCaprio oraz reżyser, Martin Scorsese.

Po pierwsze: Scorsese mimo wszystko bardziej kojarzył mi się do tej pory z dramatem. Jego kino przecież inspirowało m.in. stworzenie serialu psychologicznego The Soprano’s (1999-2007), który z kolei otworzył cały gatunek produkcji poświęconych walce u szczytu jak House of Cards czy nawet Game of Thrones. The Wolf of Wall Street momentami za bardzo odbiegał od rzeczywistości.

Po drugie: zabrakło mi tu nieco ambicji, jak z The Last Temptation of Christ (1988) czy nawet Gangs of New York (2002), gdzie Scorsese może i nawet zupełnie nie zrealizował swojej wizji, ale ewidentnie starał się zrobić coś więcej niż krwawą jatkę.

Postaci w jego filmach zawsze były przerysowane, ale zwykle tylko lekką kreską. Tutaj wszystko jest wyolbrzymione i rozdmuchane do granic, a produkcja byłaby dalece lepszą bez pierwszych piętnastu minut, gdzie pokazowo kokaina, drogie alkohole oraz prostytutki sekwencjami przewijają się przez ekran (rada dla panów udających się do kina z żonami lub dziewczynami: udawajcie na początku bardzo, bardzo mocno oburzonych; potem tempo trochę zwolni). Także nieco za dużo jest sytuacji, kiedy łamana jest czwarta ściana i bohaterowie puszczają oko do oglądającego bezpośrednim zwrotem do widza.

Podsumowując: bardzo ciekawie, zabawne, świetnie zaplanowane i zagrane postaci z dużą ilością wątków pobocznych (gdzie zdecydowanie przoduje Jonah Hill jako Donnie Azoff, którego charakteryzacja prześmiewczo upodobniła do chomika). Jednak brak tu „tego czegoś”. Skoro historia rzekomo oparta została na faktach, to powinna być nieco poważniejsza. Szanse na Oscara pewnie niewielkie, chociaż dla DiCaprio statuetka już należy się choćby za całokształt. Mimo to zdobycie jej prędzej czy później to pewnie dla niego tylko kwestia czasu, jeśli uda mu się utrzymać obecną, wysoką formę.

Moja subiektywna ocena filmu: 4/5.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Post Navigation